czwartek, 17 grudnia 2009

Moje rękoczyny z minionego roku ;)

Jako mama kangurzyca próbowałam swoich sił z nosidełkami. Mam na koncie kilka nosidełek mei tai, onbuhimo oraz chustę-kieszonkę (pouch).







Sporo było zabawek i maskotek:













A potem odkryłam Tildę (dostałam piękną książkę od mojej siostrzyczki) i już nie mogę się od niej uwolnić.












Robótki tak bardzo mnie wciągnęły, że nawet gdy nie mam dostępu do maszyny, np. podczas wyjazdów, muszę czymś zająć ręce ;)





Pierwsza świeczka na maszynowym torcie :)


Moja przygoda z szyciem zaczęła się dokładnie w Mikołajki 2008. Wtedy to moja babcia zgodziła się pożyczyć mi swoją osobistą maszynę do szycia. Wpadłam jak śliwka w kompot. Gdy tylko dzieci zaczynały słodko chrapać ja szyłam, szyłam i szyłam. Początki były trudne i zabawne. Miałam niemiecką instrukcję, ale mimo dobrej znajomości tego języka ciężko było się dogadać z urządzeniem, którego pracy w ogóle nie rozumiałam.
Na początku szyłam na wyścigi, bo nie odkryłam, że siłą nacisku na pedał reguluję tempo szycia. Ot, kładłam moją zmęczoną całodziennym bieganiem stópkę ;) na pedał i narzekałam, że ja za tą maszyną nie mogę nadążyć.
To tylko jedna z moich maszynowych gaf!
Żeby jednak nie zanudzać pokażę efekty.
Szyję do dziś, więc udało mi się nie zniechęcić początkowymi niepowodzeniami :) Po pewnym czasie moja kochana babcia zdecydowała się podarować mi maszynę. To jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałam.
Pierwszą rzeczą, którą uszyłam był kociak-poduszka. Szyłam go ręcznie, miałam wielką frajdę i ta przygoda była impulsem, by pożyczyć maszynę i na niej spróbować swoich sił. Na maszynie też najpierw uszyłam tego samego kota. Ten maszynowy ma podbite oko i jest lekko zdefasonowany, bo "nie nadążałam za maszyną" ;)